W Wyznaniach gracza niedzielnego: Na poważnie czytam
„Mamy już znakomicie funkcjonujący światek recenzentów, „growe” dziennikarstwo po okresie radosnej amatorki powoli staje się dziennikarstwem właśnie. Ale coś takiego jak krytyka nie istnieje”. Wstęp ciekawy, bo kontrowersyjny. Faktycznie, coś takiego jak krytyka w pisaniu o grach póki co w zasadzie nie istnieje, ale co z pierwszymi stwierdzeniami? Co to za światek recenzentów, który znakomicie funkcjonuje? Najpewniej znakomicie funkcjonuje wewnętrznie, bo zastrzeżenia wobec recenzji, od ich poziomu merytorycznego po stylistyczny, jak były, tak są i nic nie zapowiada, aby w dającej się przewidzieć przyszłości coś w tym względzie miało się zmienić. I jak to jest z tą amatorką przekształcającą się powoli w profesjonalne dziennikarstwo pełną, zdawać by się mogło, gębą? Nie jestem pewny, czy ci amatorzy przepoczwarzający się właśnie w profesjonalnych dziennikarzy zdają sobie sprawę, że taką metamorfozę w tych dniach przechodzą. Może z pozycji gracza niedzielnego widoczne są jakieś tego oznaki, bo z pozycji szarego gracza niestety nie widać jednej nawet. Widzę za to dziennikarzy, który hurmem biorą udział w kampanii marketingowej Microsoftu udając, że spełniają powinność wobec graczy próbując im uświadomić jak wielkim złem jest piractwo, będące podobno główną, a może nawet jedyną przyczyną braku polskiego Live’a. Naiwność to tylko, czy też może coś więcej? Aż dziw bierze, że skreślenie w ostatnich dniach Polski z Watch List nie zostało jeszcze odtrąbione jako sukces garstki robiących z siebie...gorszące widowisko amatorów zdążających podobno pomału w kierunku profesjonalnego dziennikarstwa. Widzę też, że z taktem nie jest najlepiej, choć podjęcie się pisania o grach dla ludzi dorosłych, a chyba w tym kierunku ta profesjonalizacja ma pójść, wiązać się winna z refleksją nad tym, co oddaje się do publikacji. Jeżeli w okolicach Wielkiej Nocy jako lekturę świąteczną dostaję tekst pt. Wielkanoc – 7 zmartwychwstających bohaterów gier, to zastanawiam się, czy komuś zabrakło wyobraźni, czy też wyobraźnię ma tak wielką, że nic nie jest w stanie jej okiełznać. Podobne przykłady tej „radosnej amatorki”, która „powoli staje się dziennikarstwem właśnie” można mnożyć. I tym wyraźniej widać, że powolność z jaką proces ten postępuje, jest zasmucająca. Jedno bowiem jest pewne. Nie da się przepaści dzielącej amatorstwo i profesjonalizm przeskoczyć pisaniem przez amatorów poradników na temat tego, jak profesjonalistą zostać.
I w sumie dziwić się przestałem ocenom formułowanym przez Ł. Orbitowskiego po przeczytaniu kolejnego tekstu pt. Wyznania gracza niedzielnego: Gry jako synteza. Pojawiło się tam stwierdzenie następujące.
„Niektórzy wściekali się, że Dante’s Interno nie ma nic wspólnego z literackim pierwowzorem. Otóż ma tyle ile trzeba, przeciętny człowiek wie tyle tylko, że był jakiś Dante i miał interno”.Z tego co pamiętam, ci niektórzy wściekali się nie dlatego, że gra Dante’s Interno niewiele miała wspólnego z dziełem Dantego, ale dlatego, że bezczelnie żerowała na klasyku, a kampania marketingowa gry była najżałośniejszym spektaklem, jaki w świecie gier się wydarzył. Różnica subtelna i jak widać trudna do wychwycenia. Co do powszechnej znajomości Boskiej Komedii wypowiadać się nie będę, bo brak mi danych, którymi autor felietonu zapewne dysponuje, niemniej, z tego co sobie imaginuję, od dziennikarzy growych, choćby nawet byli amatorami pomału zdążającymi w kierunku dziennikarstwa, można w tym temacie wymagać więcej. Niestety, to tylko moja imaginacja, bo brak wyobraźni, brak taktu, samozadowolenie, podatność na tzw. hype i inne bodźce zewnętrzne mogą skutecznie hamować to i tak powolne podążanie ku profesjonalizmowi. Jak widzę, z pozycji gracza niedzielnego świat gier wydaje się piękniejszy.