czwartek, 4 marca 2010

Z dziennika szarego gracza. Czwartek. 4 marca 2010 r.

Niedawno kwiat polskiego dziennikarstwa growego udzielał publicznie porad na temat tego, co należy zrobić i co trzeba umieć (albo czego nie należy zrobić i czego nie trzeba, a nawet nie należy umieć), aby dostrzec gdzieś tam, hen, hen, promyk nadziei na zostanie polskim publicystą growym. Tym razem porad udzielił Olaf Szewczyk. Redaktor Kultury nie ukrywa, że recenzowanych gier nie kończy, bowiem nikt go zmusić nie może, aby marnotrawił życie na tytuły, których twórcy spartolili robotę. Przypuszczam, że jest to stanowisko bliskie sercu wielu dziennikarzy growych. Problem jest tylko jeden. Znakomita większość gier otrzymuje dość wysokie noty. I co z tego wynika? Aha, i jeszcze jedno. Anonimowość autora obniża wartość jego wypowiedzi o 12,5 proc.

W ramach nadrabiania zaległości. O tym, że popkultura znów wymierzona jest w Rosjan. Hmmm, duże tygodniki naprawdę za to płacą?

I jeszcze, również w ramach nadrabiania zaległości, miałem napisać o audycjach radiowych grom poświęconym, których wysłuchałem przed trzema bodaj tygodniami. Jedna w sobotnie popołudnie w Trójce została wyemitowana, a druga w niedzielę w Jedynce. I co? W Trójce było o grach, które poprawiają refleks, a jak słuchacze zaczęli dzwonić i do rzeczy komentować, to prowadzący ewidentnie spanikował. Powiedział nawet coś takiego (cytuję z pamięci) - "Jak Pan mówi RPG, to ja nie wiem o co chodzi". Rację miał ostatnio Mann narzekając na PR III. A w Jedynce było treściwiej, choć przerywacze muzyczne, jak to w Jedynce, masakrowały uszy. Ale prowadzący był przygotowany, red. Kosmana odtworzona wypowiedź tak pocięta, że bełkotliwa, red. Miłoszewskiego była tyrada na temat tego, jak to on już nie chce, ale jednak musi grać, chwalenie się kogoś z Techlandu, jakim to sukcesem było ostatnie CoJ. Było całkiem nieźle, z całym tym growym kolorytem. Szkoda tylko, że nie cyklicznie.

Nieporozumienia na linii Activision - Infinity Ward? Ktoś został zwolniony? Nie ma to jednak jak krzykliwy tytuł. Noc długich noży u twórców Call of Duty. Fakt, cóż za podobieństwo. No i cóż za lekkość pióra, dowcip, trafność analogii.

http://www.youtube.com/watch?v=TFzcJGDIkAY

6 komentarze:

Olaf Szewczyk pisze...

"Redaktor Kultury nie ukrywa, że recenzowanych gier nie kończy,"

Ej, bez nadinterpretacji proszę! :) Wydawało mi się, że wyraźnie mówiłem o tym jako o dopuszczalnej opcji, a nie absolutnej regule.


Przykładowe wyimki z karty pracy Olafa Szewczyka z ostatnich tygodni ;)

- "Mass Effect 2". Ponad 44 godziny na liczniku. Wszystkie zauważone questy zaliczone. Gra skończona - bo była tego warta. Ocena 8/10.

- "BioShock 2". Nie wiem, ile godzin, ale pewnie standard (bo to mocno liniowa historia), choć starałem się włazić w każdy kąt, a w muzeum Rapture zabawiłem dość długo. Ukończony. Bo był tego wart. Ocena 9/10.

- "Heavy Rain" - ukończony. Absolutnie był tego wart. Ocena 10/10.

- "Aliens vs Predator". Gra nieukończona. Nie była tego warta - wyjątkowa tandeta, dość bezczelne odcinanie kuponów IMHO. Ocena 3/10.
(Rzeczywiście, cholernie wysoka nota - ach, ci sprzedajni dziennikarze ;)

Wymieniłem powyżej cztery ostatnio opisane przeze mnie w "Kulturze" gry. Wkrótce recenzja z "Final Fantasy XIII" - NIEUKOŃCZONEJ (o tempora! o mores!). Wyjątkowo nie dlatego, że nie jest tego warta, ale dlatego, że prawie na pewno nie zdążę dojść do końca przed oddaniem tekstu.
Tak szczerze mówiąc, to - o zgrozo! - już teraz mam na jej temat wyrobione zdanie. Aż żałuję, że zdążyłem zaliczyć w życiu te parę joterpegów, może teraz miałbym większą frajdę z tak lubianych przeze mnie w grach suspensów.

Niektóre tytuły kończę jak widać, niektórych nie. Z różnych powodów. Są gry, w których wszystko jest jasne po kilkunastu, a często po kilku godzinach. Oparte na repetycyjnych schematach, przewidywalne, niemal od początku w każdym detalu jawne. Nie muszę dojść do końca każdej kampanii w recenzowanej strategii. Nie muszę dorobić się wnuków w "The Sims 3". I nie muszę czekać na napis The End w "World of Warcraft" 8) - by mieć na dany temat zdanie.

Tak, wiem. I'm n00b ;))

Serdecznie pozdrawiam
Olaf Szewczyk

nef pisze...

"Ej, bez nadinterpretacji proszę! :)"
Dokladnie. Zdanie, ktore napisalem brzmialo
"Redaktor Kultury nie ukrywa, że recenzowanych gier nie kończy, bowiem nikt go zmusić nie może, aby marnotrawił życie na tytuły, których twórcy spartolili robotę."
Z tego zdania wynika dokladnie to, co napisales. O brak umiejetnosci czytania ze zrozumieniem akurat Ciebie nie podejrzewam :)
Generalnie, chodzilo o wskazanie tego materialu, bo chyba przemknal niezauwazony. A skoro juz dotknales w nim tych dwoch kwestii, tj. recenzowania gier i pisania pod nazwiskiem, to nie omieszkalem wbic szpilki :)
Z tym recenzowaniem to nijak zgodzic sie nie moge. Jezeli gdzies, w miejscu, ktore uznawac sie przyjelo za profesjonalne, pojawia sie recenzja gry, to chcialbym wierzyc, ze recenzent serwuje mi, zreszta otrzymuje za to kase, rzeczowa, uczciwa recenzje, oparta na wlasnym doswiadczeniu. I tak to z reguly pozornie zreszta wyglada, bowiem dopiero gdzies tam w jakichs wywiadach, poradnikach, komentarzach okazuje sie, ze recenzent gry nie przeszedl w calosci, choc bynajmniej z tekstu recenzji to nie wynikalo. Nie chce przywolywac nazwisk, bo niektorym osobom nie trzeba pomagac, wystarczajaco skutecznie kompromituja sie same, niemniej, pomiedzy wrazeniami z poczatku, wstepnego etapu czy polowy gry a recenzja istnieje dosc znaczna roznica. Tak przynajmniej sadze. Oczywiscie mozesz na podstawie 1/3, 1/2, 1/45 calosci wyrabiac sobie zdanie, pytanie brzmi jednak, czy to zdanie nalezy prezentowac publicznie jako recenzje. Nie chce rozwijac tematu, bo rzecz wydaje mi sie nazbyt oczywista. Za niefortunne uwazam doradzanie adeptom sztuki dziennikarskiej innego podejscia do tematu.
Zreszta, ostatnio zaczalem doceniac fachowe teksty w konkretnie zorientowanych serwisach. Tam recenzje pojawiaja sie 2-3 miesiace po premierze, ale bije z nich wiedza o tytule, z ocena nie musze sie zgadzac, to juz kwestia argumentow. Od zdania recenzenta nie mniej wazne zdaje mi sie byc wazne moje przeswiadczenie, ze z recenzja warto sie zapoznac, warto ja przemyslec, warto polemizowac, jezeli jest takie pole. Oczywiscie kazdy moze miec wyrobione zdanie po przejsciu polowy gry, o ile oczywiscie wiem, ze sformulowano je po polowie gry, ale mnie to zdanie nie przekonuje, bowiem sformulowane zostalo na podstawie czesci utworu. Jest to przejaw lenistwa, ktore nie powinno miec miejsca, skoro za konkretna prace, tak, dla niektorych prace, dziennikarze dostaja pieniadze. Generalnie, ludzie utrzymujacy sie z pisania o grach sa dla mnie w znacznej mierze przykladem pracownikow, ktorzy w normalnych warunkach i normalnej firmie zostaliby dawno zwolnieni. Niestety. I smutne jest to, ze do tej pory malo kto podnosi to publicznie. Zastrzegam, iz dostrzegam wyjatki :)
Na temat akcentowanej potrzeby pisania pod nazwiskiem, rzekne krotko Gdybym prowadzil blogi pod nazwiskiem "Jan Kowalski" czy zmieniloby to cokolwiek? Fetysz i atmosfera podejrzliwosci, nic wiecej.

I ostatnia rzecz.
"ach, ci sprzedajni dziennikarze"
Zauwaze, ze nieladny to argument. Sprzedajnosc to haniebne zachowanie, aby je komus zarzucic, trzeba miec na to konkretne dowody. Nigdy niczego takiego nawet nie zasugerowalem, ba, wbrew tezom wysuwanym przez niektorych, nie dopuscilem sie nigdy niczego, co mozna by podciagnac pod pojecie "zniewazenia" w rozumieniu prawa. Osobiscie, skoro juz nawiazujesz do tego tematu, uwazam, ze to zjawisko nie wystepuja w Polsce w naturze. Trudno mi bowiem wyobrazic sobie, aby przedstawciel jakiegos wydawcy zechcial placic "dziennikarzowi" za pozytywna recenzje. Jesli juz do dochodzi do inspirowania w jakikolwiek sposob recenzji, jesli podkreslam, to latwiej zlozyc to chyba na karb slabej kondycji polskiej publicystyki growej, ktorej kregoslup jest jeszcze dosc gietki i czuje wewnetrzna potrzebe wzmocnienia. Tyle chyba gwoli wyjasnienia wystarczy ;) Nie wykluczam jednak, ze moge sie mylic, wszak nie tkwie w tym srodowiskiu :)

Olaf Szewczyk pisze...

„Generalnie, chodzilo o wskazanie tego materialu, bo chyba przemknal niezauwazony.”

Dziękuję, doceniam :)

"A skoro juz dotknales w nim tych dwoch kwestii, tj. recenzowania gier i pisania pod nazwiskiem, to nie omieszkalem wbic szpilki :)"

Auć! :D

"Z tym recenzowaniem to nijak zgodzic sie nie moge. Jezeli gdzies, w miejscu, ktore uznawac sie przyjelo za profesjonalne, pojawia sie recenzja gry, to chcialbym wierzyc, ze recenzent serwuje mi, zreszta otrzymuje za to kase, rzeczowa, uczciwa recenzje, oparta na wlasnym doswiadczeniu."

Serwuję uczciwe recenzje, oparte na własnym doświadczeniu. W każdym razie z takim przekonaniem oddaję swoje teksty do druku. Możemy jednak podyskutować, czym jest recenzja gry, i czy w swoim przekonaniu mam rację. To dobry temat, bo nie wszystko jest tu takie oczywiste.

Najpierw dygresja na peryferiach. Ten spór, właśnie zdałem sobie z tego sprawę, ma już w dużej mierze charakter akademicki. W praktyce coraz trudniej jest nie ukończyć gry, tak krótkie się stają. Właśnie połknąłem singla w „Battlefield: Bad Company 2”. W dwa wieczory. Nawet się lufa porządnie nie rozgrzała.

Wracając do tematu, zacznijmy od fundamentów. Czemu ma służyć recenzja gry wideo? Kto i dlaczego po nią sięga?

Jestem dziennikarzem prasowym. Piszę ze świadomością, że mój czytelnik oczekuje przede wszystkim opinii. Szybkiej – najlepiej w okolicach premiery lub nawet przed tym terminem – bo chce wiedzieć, czy warto w ogóle brać dany tytuł pod uwagę. Syntetycznej – chce dowiedzieć się, czym to się je i jaki ma smak. I tu przechodzimy do kwestii kluczowej: ja nie piszę dla fauny, która gra, żre, gra, wypróżnia się, gra, czasem śpi, znów gra. Mnie kompletnie nie interesują potrzeby czytelnicze (sic!) nolife’ów; taki model życia, życia dla gier, notabene uważam za degrengoladę. Ja piszę dla ludzi, którzy, zakładam, tak jak ja mają dramatycznie mało na wszystko czasu. Nie stać ich na zmarnowanie iluś tam godzin na tandetną rozgrywkę, by – być może – przeżyć jakąś satysfakcję w trakcie piątego poświęconego na dany tytuł wieczoru (co i tak nie zdarza się niemal nigdy – gry takie sobie przez pierwsze godziny, zasadniczo nie zamieniają się w piękne łabędzie w kolejnych).

Dlatego ostrzeżenie przed kiepskim produktem sformułowane już po doświadczeniach zebranych przez pierwsze wieczory ma solidne podstawy.

Moją intencją w omawianej wypowiedzi przed kamerą było uspokojenie dziennikarskiego narybku, który często rozpacza, że dopóki nie zobaczy listy płac, nie ma prawa wykonać egzekucji przez opisanie. Ależ macie to prawo! Szkoda życia, droga młodzieży! Waszego, jak i waszych czytelników! Czy nie lepiej poświęcić te godziny na dobre książki, ekscytujące eskapady do zakazanych nocnych klubów w podejrzanych dzielnicach i dzikie polowania na atrakcyjne partnerki/partnerów w celu intensywnego praktykowania czynności prokreacyjnych?... ;) No właśnie.

W gruncie rzeczy, skoro już ruszyliśmy ten temat – o dobrych grach też można pisać uczciwe teksty, nie kończąc ich. Gdybym pisał o wymienionych przeze mnie wcześniej ukończonych ostatnio tytułach tylko na podstawie, powiedzmy, doświadczeń z dwóch wieczorów, te teksty również uchwyciłyby istotę rzeczy (o tym, czym moim zdaniem powinna być recenzja gry, będzie jeszcze szerzej poniżej).

Dam konkretny przykład. Weźmy recenzję „Króla Artura” w „Kulturze” – bo wiem, że ją czytałeś (zakładam przy tym, że grałeś, bo to jeden z ciekawszych ostatnio tytułów pecetowych). Nie ukończyłem tej gry, ale dobrze, jak myślę, zrelacjonowałem, czym jest. Dla świadków tej rozmowy: generalnie był to bardzo ciepły tekst, z zastrzeżeniem, że wszystko kładzie na łopatki złe zbalansowanie – przede wszystkim zbyt szybko rosnący z czasem poziom trudności. Mimo chyba dość uważnego, w miarę optymalnego dowodzenia, miałem coraz większe problemy z rosnącymi w potęgę armiami wroga (komputer ewidentnie oszukiwał, drań jeden). Ten tekst miał wszystko, co, moim zdaniem, mogłem na takiej powierzchni przekazać, dziś nie napisałbym go lepiej.

(cd. niżej)

Olaf Szewczyk pisze...

(kontynuacja wpisu powyżej)

Swoją drogą Steam ściągał mi ostatnio do „Króla Artura” jakieś potężne łatki, być może zatem poprawili ów feler – mam ochotę wrócić do tej strategii, miała moim zdaniem większy potencjał niż obecny Numer Jeden w omawianej kategorii.

„ I tak to z reguly pozornie zreszta wyglada, bowiem dopiero gdzies tam w jakichs wywiadach, poradnikach, komentarzach okazuje sie, ze recenzent gry nie przeszedl w calosci, choc bynajmniej z tekstu recenzji to nie wynikalo.”

Skontruję cytatem z recenzji „Aliens vs Predator”:
„Dla niektórych żerowanie ksenomorfem to jakoby najlepsza przygoda w tej grze. Być może. Ja długo nie wytrzymałem.”

Jak widać, nie mam nic do ukrycia, mój czytelnik zna zasady gry. Często przyznaję otwartym tekstem, że zdarza mi się nie dobrnąć do finału. Zresztą recenzentowi chyba trudno byłoby praktykować jakąś permanentną blagę – czytelnik nie osioł, weryfikuje potem wiarygodność autora w praniu. Jeśli się okazuje, że recenzja była nierzetelna – po prostu odchodzi. W moim przypadku sytuacja jest o tyle jednoznaczna, że jestem łatwo identyfikowalny; łatwiej skojarzyć moje nazwisko z konkretnymi recenzjami niż na przykład w przypadku recenzentów w magazynach o grach, gdzie wielu autorów pisze na różne tematy. Piszę zwykle główne recenzje, w stałym miejscu, vide - czytelnik zna moje gusta, styl i kompetencje. W świetle reflektorów nic się nie da ściemnić. Full monty.

„Oczywiscie mozesz na podstawie 1/3, 1/2, 1/45 calosci wyrabiac sobie zdanie, pytanie brzmi jednak, czy to zdanie nalezy prezentowac publicznie jako recenzje. Nie chce rozwijac tematu, bo rzecz wydaje mi sie nazbyt oczywista”.

A ja chętnie rozwinę, bo to – jeśli wolno mi sparafrazować Ojca Narodu - oczywistość nieoczywista :). Częściowo już uzasadniałem to powyżej, chciałbym jednak dopełnić tę myśl. Gry wideo różnią się na tyle od innych mediów, że próba oceniania ich za pomocą tych samych narzędzi niekoniecznie musi być dobrym pomysłem, ujmując rzecz delikatnie. Chciałbyś, by grę oceniano tak jak płytę z muzyką (circa godzina słuchania), film (dwie godziny), spektakl teatralny (dwie, trzy godziny) lub książkę (powiedzmy dwa wieczory lektury). Gdy mamy do czynienia ze spazmem w rodzaju przytoczonego „BBC2” – OK. Ale co z rozbudowanymi strategiami? Co – spytam złośliwe - z grami, które się właściwie nie kończą? (i mam tu na myśli nie tylko massive’y, ale także menedżery piłkarskie - czy też piłki w rodzaj „PES” – wszelkie symulatory, „Simsy” itd.). Gdzie jest ta magiczna obiektywna granica, po przekroczeniu której autor jest już rzetelnym recenzentem, a nie blagierem? A co z grami wlokącymi się jak tasiemiec? Ile czasu pożarł Ci „Dragon Age: Początek”? (zakładam, że skoro obaj jesteśmy miłośnikami erpegów, też właziłeś w każdą dziurę ). Czy naprawdę jesteś zdania, że tylko ktoś, kto doszedł do finiszu, ma prawo doradzać innym, czy warto kupić tę grę, czy nie?

Fakt, że gry wciąż mogą być labiryntami, na które tracimy tygodnie nawet, nie dni – nie może być zignorowany przy dyskusji o warsztacie recenzenta. Zacznijmy od powodów praktycznych, wynikających z omówionej już roli mediów.

Primo, nie możemy drastycznie spóźniać recenzji – dogłębna analiza „DA:P” opublikowana miesiąc po premierze jest guzik warta (są wyjątki, o czym niżej).

Secundo, model finansowy w mediach pozwalający na uczciwe opłacenie recenzenta siedzącego, powiedzmy, trzy tygodnie nad jednym tytułem, mógłby może się sprawdzić w jakimś doskonałym wszechświecie równoległym, ale nie na tym padole łez. Od takich analiz są specjalistyczne blogi prowadzone przez pasjonatów – którym kibicuję, które lubię czytać i które, podkreślmy, pełnią inną rolę niż gazety (i czasopisma).

(cd. niżej)

Olaf Szewczyk pisze...

(kontynuacja wpisów powyżej)

Różnice w podejściu warsztatowym recenzentów gier i starych mediów biorą się nie tylko stąd, że na kiepski film można od biedy zmarnować dwie godziny, a wielokrotnie więcej na grę – już bardzo szkoda. (Na marginesie – czytałem niejedną RECENZJĘ wlokącego się jak makaron spektaklu teatralnego lub filmu, z którego dany dziennikarz wyszedł w trakcie, bo nie mógł zdzierżyć. I nikt nie rozdzierał szat nad jego podejściem).

Warto pamiętać, że gry mają zwykle statyczną strukturę. Charakter rozgrywki jest jawny od początku, co najwyżej dochodzą nowe elementy, ale nie na zasadzie rozbijającej ten monolit rewolucji, a jedynie dodatków, nadbudowy. Film czy książka to formy bardziej plastyczne – gry są cholernie constans. Przechodzę właśnie przez „Final Fantasy XIII”, gdzie bardzo rozciągnięto w czasie prezentację mechaniki walki i systemu rozbudowy postaci. Od pierwszych prostych potyczek przez wprowadzanie opcji taktycznych w ustawianiu drużyny (tzw. paradygmaty), po poskramianie eidolonów (wzywanych do pomocy w walce) i ulepszanie ekwipunku (punktami za zdobycz po walkach) mija sporo godzin. Ale nawet to nie zmienia istoty tej gry. Ona jest jawna od bardzo wczesnego stadium.

Na prawdziwie ponowoczesne interaktywne wideo: nieprzewidywalne, żonglujące nastrojami, formą, przekomarzające się z graczem, musimy jeszcze poczekać (przynajmniej jeśli chodzi o mainstream, na poboczach już jest ciekawiej). Na razie chłopcy jadą sztancą. Do tego stopnia, że coraz częściej czuję się jak jasnowidz. Gdy tylko zobaczyłem wielki rosyjski samolot transportowy na lotnisku pod koniec „BBC2” wiedziałem, co mnie czeka, a nawet jak się ta przygoda zakończy. Przecież nawet „No One Lives Forever” nie była pierwszą grą, w której wykorzystano ten patent.

No dobrze, czas wrócić do meritum. Jaka powinna być zatem recenzja gry wideo? Sądzę, że powinna być zbudowana w oparciu o uniwersalną regułę odnoszącą się także do starszych sztuk narracyjnych. Ująłbym ją najprościej tak: „Powiedzieć jak najwięcej, mówiąc jak najmniej”.

O co chodzi? O to, by recenzent nie relacjonował wszystkiego od A do Z. Ja, jako gracz i czytelnik cudzych recenzji, nie tylko tego nie potrzebuję – ja tego serdecznie nie cierpię. Tekst ma być syntetyczny, nie rozmywający się w detalach, których nie tylko nie muszę wiedzieć, ale i wiedzieć nie chcę. Bo gra to w dużej mierze eskapistyczna przygoda, emocje z wkraczania w nieznany świat, z odkrywania jego reguł. Recenzja nie powinna wszystkiego zdradzać, bo to odbiera zabawie świeżość, wypala falstartem emocje, które potem już nie mają tej siły – bo przecież już ktoś nam powiedział, kto zabił.

Oczywiście konstruowanie dobrej recenzji to zawsze przeciąganie liny, szukanie właściwych proporcji między informacją a niedomówieniem. Nie ma żadnej uniwersalnej miary, żadnego wzorca z Sevres. Wiadomo, że są gatunki, w których trudno uciec od siermiężnego relacjonowania meandrów mechaniki – patrz RTS-y. Są jednak i takie, w których nie ma potrzeby robić wiwisekcji gry, wystarczą ogólne impresje albo jakiś ciekawy klucz – przywołajmy choćby niedawny blok o „Bayonetcie” w „Kulturze”, gdzie najpierw pisałem o fetyszach i, generalnie, o aspekcie erotycznym, a potem Louvette dopełniła obraz, pisząc o nowym modelu kobiecości w grze wideo i echach stylistyki camp. („Bayonettę” co prawda ukończyłem, ale doprawdy nie było to niezbędne, by napisać taki tekst).

(cd. poniżej)

Olaf Szewczyk pisze...

(kontynuacja wpisów powyżej)

„Za niefortunne uwazam doradzanie adeptom sztuki dziennikarskiej innego podejscia do tematu.”

Oni przede wszystkim nie powinni się dusić w gorsecie rzekomych standardów, które wzięły się nie wiadomo skąd i kompletnie nie przystają do realiów i wymagań mediów. Nie jestem weteranem wystąpień przed kamerą, peszy mnie świadomość, że nie zredaguję niezręczności, które w stresie mogę palnąć, ale mam nadzieję, że intencja tej wypowiedzi była jasna: nie chodzi o lansowanie czy usprawiedliwianie nierzetelności, ale o proporcje, mocium panie. Skoro nie podoba mi się womitogenne bieganie po ścianach ksenomorfem, to mam prawo dać temu wyraz, nie męcząc się w tej roli do finału. Kropka.


„Zreszta, ostatnio zaczalem doceniac fachowe teksty w konkretnie zorientowanych serwisach. Tam recenzje pojawiaja sie 2-3 miesiace po premierze,”

Ano właśnie.

„ale bije z nich wiedza o tytule, z ocena nie musze sie zgadzac, to juz kwestia argumentow.”

I super, też lubię ekstremalne sajty o erpegach. Problem w tym, że to oferta dla takich nerdów tego gatunku, jak Ty czy ja, którzy zresztą zwykle już mają na dany temat zdanie, bo zdążyli zagrać, i teraz są ciekawi opinii innych nerdów. Nijak się to ma do funkcji prasy – i nie mam teraz na myśli tylko casuali, bo np. dla działu o grach kupuje „Kulturę” więcej zdeklarowanych amatorów gier niż ma nabywców niejeden polski miesięcznik na te tematy.

„Jest to przejaw lenistwa, ktore nie powinno miec miejsca, skoro za konkretna prace, tak, dla niektorych prace, dziennikarze dostaja pieniadze.”

Get real, Nef. W większości przypadków o grach pisują pasjonaci, bo ilość czasu, jaki poświęca się na przygotowanie materiału, nie ma żadnego przełożenia na sensowne apanaże. Ja na przykład mogę się tym zajmować zawodowo, bo krótko sypiam, a gry nadal, mimo lat, autentycznie mnie bawią (no i mam moralne usprawiedliwienie na marnowanie czasu oraz dostęp do mnóstwa tytułów, na które nie byłoby mnie stać – to też coś znaczy). Ponadto jako szef wybieram dla siebie najfajniejsze kąski, dzięki czemu praca zazwyczaj nie jest męką :). Last but not least, etat mam redaktorski, nie autorski. Gdybym musiał regularnie spędzać dla marnej wierszówki po parę wieczorów nad jakąś tandetą, to bym to wszystko rzucił w cholerę; znam ciekawsze metody marnowania czasu.

I ostatnia rzecz.
"ach, ci sprzedajni dziennikarze"
Zauwaze, ze nieladny to argument.

Hej, bez urazy - tam był smiley ;).

„Osobiscie, skoro juz nawiazujesz do tego tematu, uwazam, ze to zjawisko nie wystepuja w Polsce w naturze. Trudno mi bowiem wyobrazic sobie, aby przedstawciel jakiegos wydawcy zechcial placic "dziennikarzowi" za pozytywna recenzje. Jesli juz do dochodzi do inspirowania w jakikolwiek sposob recenzji, jesli podkreslam, to latwiej zlozyc to chyba na karb slabej kondycji polskiej publicystyki growej, ktorej kregoslup jest jeszcze dosc gietki i czuje wewnetrzna potrzebe wzmocnienia. Tyle chyba gwoli wyjasnienia wystarczy ;) Nie wykluczam jednak, ze moge sie mylic, wszak nie tkwie w tym srodowiskiu :)”

Ja też w nim nie tkwię, wędruję raczej po peryferiach. Wystarczy, by zauważyć, że próby wywierania wpływu na recenzentów istnieją. Nikt nie wręcza kopert, przynajmniej nic o tym nie wiem. Są skuteczniejsze metody dyscyplinowania tych, którzy próbują „kąsać rękę, która ich karmi”. Ale to już temat na inną dyskusję.

Serdecznie pozdrawiam
Olaf Szewczyk

PS O tym, dlaczego namawiam w tym wideo adeptów dziennikarstwa do pisania pod nazwiskiem – przy innej okazji. Padam już na pysk.